Indie 2000

Na przełomie tysiącleci odwiedziłyśmy Indie .

 

 

Matka z córką i dwa Anioły .

Pękate plecaki,spocone twarze,długie, luźne szaty.

Indie pachną tysiącem zapachów.

Mienią się tysiącem kolorów.

Na ulicach wielkich miast- tysiące ludzi, samochodów, riksz .

Wszystkiego jest tu dużo, do przesytu .

Biedy i bogactwa

Potężny panteon bóstw.

Wszystko się tu miesza ;

Dostojne świątynie z finezyjnymi ornamentami

Maleńkie ołtarzyki wśród wieżowców, lub na świętych drzewach,

Wspaniałe,kapiące złotem pałace maharadżów

Domy z kartonów …

Co zostało w nas najdłużej ?

Śpiewanie nabożnych badżanów  na placu darszanowym .

Piękne kobiety w tęczowych sari,

Zawsze czyste, umyte w luksusowej łaźni, lub przy kranie na ulicy.

Kąpiel w oceanie o skośnych falach,

Bosy spacer po białej piaszczystej plaży,

Odpoczynek pod palmami

Rozgwieżdżone niebo, które pewnej nocy było naszym dachem

Święte miejsca różnych religii i..

Nad tym wszystkim, wbrew pozorom

Jeden Bóg – jak wszędzie .

 

 

Indie- Riszikesz

Riszikesz

12 luty-3 marca 2017

To miejsce, w którym spędziłam z moja córką Magdaleną cudowny czas. Miasto rozrzucone na obu brzegach Gangesu, na przedgórzu Himalajów. Jest we mnie to miejsce i to, co  się tam wydarzało. Jest to miejsce  w mojej pamięci, moim sercu i moim ciele zapisane  szmaragdowo- błękitnym atramentem wód tej świętej rzeki. Jeszcze nie umiem o nim pisać, choć pisałam codziennie na miejscu, jeszcze to się musi uleżeć, a może jutro siądę i zacznę pisać o tym książkę, a może nie napisze jeszcze nic ,lub niewiele. Nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Będzie, jak ma być. Tego się właśnie nauczyłam  w tym czasie. Nie przywiązania.  Jestem  głęboko wzruszona, gdy to piszę. Czy już się nauczyłam, czy raczej dopiero się uczę ? Wiem ,że jest to proces, ale wiem, ,że on się zaczął. Indie, Riszikesz, Ganges,   nasz wspólny wolny czas,spotkani ludzie Hindusi i wszelkie rasy z całego świata, a przede wszystkim Mooji .

To tyle na dziś.

Kocham Was

Basia

Trochę słońca i gorąca z Egiptu

DSCF0548

Cóż Wam ofiarować w ten mroźny, szary dzionek? Trochę wspomnień z pięknych ,ciepłych miejsc. Sama jestem w nieco śpiącym nastroju, brak weny twórczej, lekki sen zimowy. Bobrze mi z tym jednak. Nareszcie. Zwykle w takim stanie byłam niezadowolona z siebie. Przecież trzeba być aktywnym, twórczym. Czy naprawdę trzeba? Taki stan w którym niewiele się dzieje ,też jest bardzo dobry, jest potrzebny. Dobrze jest jeśli mamy okazję się zatrzymać, odpocząć ,zastanowić się nad sobą ,nad życiem. Poczytać , pomedytować ,wejść do swojego wnętrza, spotkać się ze swoją duszą. Zwykle po takim czasie coś się w nas budzi. Mamy ochotę działać ,tworzyć. Trzeba poczekać i cieszyć się tym stanem niedziałania. W oka mgnieniu wszystko może się zmienić i znów porwie nas wir życia, jednak bogatsi w doświadczenia wewnętrzne, napełnieni spokojem łatwiej zniesiemy podmuchy losu.

A pozdrowieniem Basia

Na zdjęciach poniżej i powyżej Egipt ,listopad 2010 rok, przy piramidzie Heopsa

DSCF0558

Słoneczne zdjęcie z Ogrodu Botanicznego na Gwadelupie. Listopad 2013.

DSCF1011

W każdym kraju, czy mieście na Ziemi ,w którym mam okazję przebywać, zwiedzam Ogrody Botaniczne. Kocham , kwiaty i drzewa, i jak widać kwiaty na drzewach i krzewach. Nie pamiętam długo ich nazw łacińskich ,czy miejscowych, choć studiowałam biologię. Moja Mama ,która także studiowała biologię, a szczególnie botanikę miała niezwykłą pamięć w tej dziedzinie. Potrafiła nazwać każdą roślinę napotkaną po drodze ,podczas naszych wspólnych rodzinnych spacerów i wycieczek. Ja bardziej fascynowałam się tym ,co w roślinie w środku, jak to działa, byłam bardziej fizjologiem, cytologiem i genetykiem. Dzięki Mamie pokochałam rośliny z ich pięknem , kolorem ,zapachem i tak jest do dziś.

Lubię też mieć ładne rośliny w moim ogrodzie, ale nie jestem pasjonatem – hodowcą.

Kocham rośliny bardziej jako artysta niż biolog.

Zwierzęta lubię na obrazkach, rzadziej w zoo. lub cudze na spacerze, czy w domu u znajomych. Lubię oglądać przyrodnicze filmy o zwierzętach, ale nie mam ich w domu. Najbardziej lubię ptaki, są dal mnie symbolem wolności. Kocham ich śpiew i pokrzykiwania, lubię śledzić ich lot na niebie. Moim zwierzęciem totemowym jest orzeł. Anioły w powszechnym wyobrażeniu ,też mają skrzydła, a kocham je ogromnie.

Ogród Botaniczny na Gwadelupie nie jest bardzo duży, jest taki w sam raz. Spotkać w nim można wszystkie gatunki roślin jakie rosną na tej wyspie. Ogród zwiedzaliśmy pierwszego dnia ,a potem podczas zwiedzania wyspy, z radością odnajdowaliśmy znane nam już gatunki w naturalnych środowisku.

Będę sobie wspominała Gwadelupę z przed roku i dzieliła się tym z Wami , aby dać Wam trochę słońca na szare dni listopadowe.

Basia

Deszczowy listopad – słoneczny listopad.

DSCF1047

Zachód słońca na Gwadelupie. Listopad 2013 rok.

Niemal nie wierzę ,że tam byłam rok temu ,o tej porze.

Jakże tam cudownie, jak ciepło. Przesyłam to zdjęcie dla wszystkich, przemarzniętych, zakatarzonych, zasmuconych i tych co pomimo szarości za oknem , utrzymują światło w sercu. Chciałam Wam napisać coś ładnego, mądrego. a tu nic nie przychodzi mi do głowy. Myślę, że to zdjęcie i moje wspomnienie będzie najlepszym prezentem na dziś, szczególnie dla tych co obchodzą dziś swoje urodziny, a jest wśród nich mój najstarszy syn Rafał i Ela Krzyżaniak , o czym „powiedział” mi facebook.

Pozdrawiam ciepło i słonecznie i wszystkim życzę słońca w sercu.

Basia

Wróciłam z raju!

Kochani!

Jak widzicie już jestem, już działam, już piszę.

Byłam z mężem dwa tygodnie na Karaibach, na Gwadelupie, jednej z wysp archipelagu Małe Antyle.

Bajka ,raj , ciepło, słonecznie, zielono i kolorowo.

Ciepły ocean z wielkimi falami, złote plaże z palmami, tropikalne lasy i wielkie wodospady.

30st. w cieniu , ale przepływające chmurki, duża wilgotność i miły wietrzyk łagodzą temperaturę i jest bardzo przyjemnie.

Do tego owoce i warzywa w wielkim wyborze, dojrzewające w tym klimacie, bez konserwantów.

Sympatyczni ludzie ,Kreole, a więc wspaniałe kolorowe mieszanki różnych ras. Sporo Francuzów, bo to departament Francji.

Tyle na dziś ,na początek. Wkrótce zamieszczę zdjęcia.

Aby Wam nie było żal i abyście nie pękli z zazdrości, to Wam powiem, że strasznie mi teraz zimno, że po długiej podróży ( 11 godzin w powietrzu, 20 w podróży) nie mogę przyjść do siebie. Do tego różnica czasu kilka godzin, a więc totalne wygłupienie dla organizmu , kiedy spać,a kiedy wstać. Dziwne, że w tamta stronę, też była zmiana czasu i też długa podróż ,ale jakoś nie narzekaliśmy .

Pozdrawiam Was ciepło i pomimo wszystko mówię Wam ,że nie ma jak w domu.

Owinięta w koc Basia